Swoją drogą. Tomek Michniewicz.
Miałem dużo niższe oczekiwania sięgając po tą książkę. Nie wiedzieć czemu byłem jakoś niepotrzebnie uprzedzony, że przeczytam tekst napisany niezbyt wyszukanym językiem o przygodach celebryty w dżungli. Muszę przyznać, że to był błąd i wystawić pochlebną recenzję. Książkę pana Michniewicza czyta się łatwo i przyjemnie. Choć tylko pierwsza z trzech części traktuje o Afryce, a pozostałe dwie opisują podróże do Arabii Saudyjskiej i USA, to jednak warto poświęcić kawałek swojego czasu na lekturę. Autor zabiera trzy znajome mu osoby (kolega, żona i ojciec) w wymarzone dla nich miejsca. W pierwszym rozdziale wraz z Marcinem lecą do Kamerunu, aby z Jaunde wyruszyć na wschód kraju. Spędzają tam wystarczająco dużo czasu, aby opisać w skrócie codzienne życie plemienia Baka, a w drodze powrotnej zająć się dotarciem do wiosek, w których szamani nadal próbują swoich sił na lokalnej społeczności. Nie jest to może dzieło na miarę Colina Turnbulla, ale dla osób zainteresowanych Afryką Środkową i społecznościami pigmejów będzie to cenny dodatek. Cytaty:
“W języku Baka jest dziesięć słów określających ‘dziś’, a tylko jedno które określa przyszłość. To słowo to ‘jutro’. Przyszłość nie ma znaczenia”.
“Wśród kolonialistów tylko Brytyjczycy nie prowadzili przemyślanej, sukcesywnej polityki eliminującej przywództwo wyłaniające się z lokalnej społeczności. Pozostałe potęgi imperialne – wręcz przeciwnie”.
“De Gaulle powstanie na Madaskarze zdławił bezlitośnie, zabijając osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Portugalczycy w swych koloniach w Angoli i Mozambiku zalegalizowali niewolnictwo i niemal do samego końca sprzedawali ‘siłę roboczą’, co stanowiło podstawę gospodarki”.
“Pierwszy premier Konga (DRC – przypis autora), Patrice Lumumba, był urzędnikiem pocztowym i obwoźnym sprzedawcą piwa. Podczas wizyty dyplomatycznej w USA poprosił przedstawiciela Departamentu Stanu, by na wieczór przysłać mu białą blondynkę o obfitym biuście”.
