Sri Lanka

Łzę Indii, jak niektórzy nazywają tą rajską, tropikalną wyspę odwiedziłem na przełomie marca i kwietnia 2012 roku. Jak zwykle czasu było niewiele, ale postanowiłem polecieć na te kilka dni aby spojrzeć jak Tamilowie i Syngalezi żyją na tym stosunkowo niewielkim kawałku ziemi. Był koniec pory suchej więc wydawało się, że to czas idealny na wizytę i faktycznie przez cały tydzień nie widzieliśmy ani kropli deszczu. Tylko słońce i gwiazdy. Głównym celem wyjazdu było zobaczenie największych zwierząt świata – płetwali błękitnych. Próbowałem wielokrotnie w różnych miejscach globu ujrzeć te kolosy, ale nigdy do tej pory nie udało mi się to. Sri Lanka, przynajmniej z relacji innych, miała być wymarzonym miejscem na spotkanie z ogromnymi wielorybami.

Początkowo planowaliśmy objechać wyspę dookoła, ale nawet przy bardzo dużym tempie przemieszczania się tydzień to zdecydowanie za mało. Skupiliśmy się więc na kilku miejscach, które przyciągnęły naszą uwagę:

Colombo – Galle – Weligama – Mirissa – Yala National Park (Tissamaharama) – Ella – Kandy – Dambulla – Sigiriya – Polonnaruwa – Anuradhapura – Colombo

 

Notatka z trasy

Dzień: 

Po kilku godzinach nocnego lotu z Emiratów Arabskich znaleźliśmy się na płycie stołecznego lotniska imienia Solomona Bandaranaike. Szczęśliwie dla nas, formalności nie trwały zbyt długo i po odebraniu bagażu opuściliśmy terminal, gdzie oprócz małego tłumu taksówkarzy przywitała nas odpowiednia temperatura i wilgotność. Witamy w tropikach! Planowaliśmy dotrzeć do Mirissy, zatrzymując się w Galle na kilka godzin, ale korzystając z lokalnych autobusów mielibyśmy utrudnione zadanie aby dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Taksówkarze żądali kwot dochodzących do 100 dolarów, ale po negocjacjach i znalezieniu jednego współpasażera ruszyliśmy na południe wyspy płacąc ostatecznie 85usd za cały kurs (napotkany Izraelczyk zapłacił 20 dolarów za podwiezienie go do jednej z nadmorskich miejscowości przed Galle). Wyszło więc po 32,50usd na każdego z nas i dodatkowo, oprócz Galle, mieliśmy jeszcze zaplanowany w cenie postój w okolicach Weligama, aby móc ujrzeć rybaków łowiących z wysokich szczudeł.

Mirissa, w przeciwieństwie do ciekawego, kolonialnego Galle, okazała się być małą wioską z niskimi zabudowaniami rozlokowanymi po obu stronach ruchliwej krajowej drogi  A2 prowadzącej na wschód wyspy do miasta Matara. Zatrzymaliśmy się w Ocean Moon Hotel, gdzie dwójka z wentylatorem i dwoma osobnymi łóżkami i łazienką kosztowała 3000 rupii. W hoteliku, położonym przy samej plaży, znajdowała się mała restauracja ze stolikami i krzesłami ustawionymi na piasku i cenami przyjaznymi naszym portfelom. Kanapka na śniadanie kosztowała 100 rupii, duża ryba z frytkami  500 rupii, a zimne, duże piwo oddano nam do dyspozycji za 250.

Wieczorem zaczęliśmy rozglądać się za właścicielem łodzi, który mógłby nas zabrać jutro rano na fotograficzny połów wielorybów. Firm jest kilka lub nawet kilkanaście, ale standard obsługi i jakość usług znacznie się różni. Niektóre łodzie zabierają dziesiątki pasażerów, często przekrzykujących się w czasie rejsu uniemożliwiających łatwe fotografowanie. Łodzie używane przez takie firmy są większe, wolniejsze i nie nadążają za wielkimi ssakami zmieniającymi kierunek płynięcia.

Podjęliśmy decyzję, że popłyniemy mniejszą motorówką z hotelu Palm Villa. Jak będziecie na miejscu pytajcie o pana o pseudonimie lub imieniu Babi.