Mozambik

Informacje podstawowe

Dane pochodzą z lipca i sierpnia 2007, kiedy w Mozambiku panuje zima czyli pora sucha. Jest to chyba najlepszy moment na podróż do tego kraju. Na północy jest ciepło zarówno w dzień jak i w nocy, ale wilgotność jest znacznie mniejsza niż w porze deszczowej. Na południu zaś nocą bywa chłodno, ale za to nie ma ogromnej ilości komarów, jaka czyha na człowieka w porze deszczowej.

Jak dostać się do Mozambiku?

Droga lądowa

Mozambik graniczy od północy z Tanzanią i przejazd jest możliwy aczkolwiek zajmuje to dużo czasu. Od zachodu granicę łatwo przekroczyć można jadąc z Malawi (np. w Mandimba), z Zambii i Zimbabwe. Od południa najłatwiej dostać się do Mozambiku z RPA, skąd kursują regularne linie autobusowe.

Droga morska

Aktualnie nie ma żadnych regularnych morskich połączeń promowych z krajami sąsiednimi.

Droga powietrzna

Z Europy do Maputo lata Air Portugal i narodowe linie Mozambiku LAM. Loty są jednak drogie i taniej polecieć do Johannesburga w RPA i do Maputo przejechać autobusem. Z europejskich lotnisk startują do Johannesburga samoloty takich linii jak Air France, KLM, Lufthansa czy British Airways.

Wizy

Każdy, kto wybiera się do Mozambiku musi uzyskać wizę. Można to zrobić w Ambasadzie tego kraju (w Polsce niestety nie ma takiej placówki, najbliższa znajduje się w Berlinie – Stromstraße 47 tel. 030-39 87 65 00) lub na większości przejść granicznych. Innym sposobem jest ubieganie się o wizę w krajach ościennych np. Malawi, Tanzanii czy RPA, ale często łączy się to z kilkudniowym oczekiwaniem i nie zawsze niższą opłatą. W trakcie naszej wizyty w konsulacie Mozambiku w Blantyre w Malawi, udzielono nam odpowiedzi, że okres oczekiwania na wizę jest nieznany i leży w kwestii konsula. Ponadto często zdarza się, szczególnie w tym konsulacie, że dostaje się wizę ważną np. 5 dni. Polecam, więc przejścia graniczne.

Bezpieczeństwo

Dziś Mozambik jest już krajem zupełnie bezpiecznym. Niektóre źródła podają, że trzeba jeszcze uważać na miny, szczególnie w środkowej części kraju. Dotyczy to tylko osób podróżujących z dala od utartych szlaków i głównych dróg. Najlepiej zawsze zasięgnąć rady u ludzi mieszkających w danej okolicy.

Maputo, ze względu na swoje położenie blisko granicy z RPA, nie cieszy się najlepszą opinią, ale na pewno jest bezpieczniejsze niż Johannesburg czy Nairobi. Myślę, że zwyczajne środki ostrożności stosowane w większości afrykańskich stolic zupełnie wystarczą. Właściciele naszego hostelu ostrzegali przed spacerami po Avenida Mariginal. Podobno zdarzały się napady. Przez trzy dni wałęsania po stolicy nie poczuliśmy nigdzie atmosfery zagrożenia, jaką można wyczuć w wielu południowoafrykańskich miastach.

Zdrowie

Zalecam wizytę w Sanepidzie. Mają oni pełną listę szczepień zalecanych dla wyjeżdżających w ten region.

Największym zagrożeniem jest malaria. Tutaj nie ma jednoznacznych opinii, i teorii jest wiele. Najlepiej zajrzeć na jakąś wiarygodną stronę, np.: http://www.who.int/malaria/ i do lekarza specjalisty. My braliśmy Lariam, ale to silny lek, którego wszystkim nie polecam. Alternatywą jest, przyjmowana codziennie, doxycyklina lub drogi Malarone.

Pieniądze

Walutą narodową Mozamabiku są Meticale. Najlepiej zabrać ze sobą amerykańskie dolary, które w lipcu 2007 wymieniali po kursie 1USD = ok. 25 meticali. Kursy w różnych miastach nie różniły się wiele, maksymalnie o kilka dziesiątych meticala.

Opis podróży

Kiedy w 1974 roku w Portugalii reżim Salazara upadł nadeszła długo wyczekiwana nadzieja na wolność Mozambiku i jego obywateli. Portugalscy koloniści wyjechali z kraju praktycznie z dnia na dzień zostawiając Mozambik pogrążony w chaosie, bez wykształconych ludzi i sprawnej infrastruktury. Wtedy nad krajem zebrały się czarne chmury. Wojna domowa trwała blisko dwie dekady i zniszczyła praktycznie wszystko, co możliwe. Tysiące ludzi straciło życie, inni wyjechali, gospodarka była w opłakanym stanie. W 1992 roku pojawiła się nadzieja na pokój. Przez kolejne lata kraj odbudowywał się i walczył o zmianę swojego wizerunku. Dzisiaj Mozambik, mimo dużego ekonomicznego zacofania i naturalnych kataklizmów, jest już miejscem spokojnym, do którego zjeżdża coraz więcej turystów z całego świata. Warto zobaczyć to miejsce zanim zamieni się w komercyjny lunapark podobny do kenijskich plaż czy szybciej rozwijającego się turystycznie Zanzibaru.

Kiedy dotarliśmy na rowerowych taksówkach do granicznej wioski o dźwięcznej nazwie Mandimba okazało się, ze owszem można otrzymać wizę na tej granicy, ale chwilowo nie ma konsula. Celnicy zaczęli usilnie dzwonić po swojego szefa, który jak nas poinformowano pojechał na obiad do wioski i w niedługim czasie przyjedzie podpisać nasze wizy. Obiad musiał być duży i smakować dobrze. Minęła godzina zanim starszy pan przyjechał małym motorkiem parkując go na piaszczystej drodze przed granicznym posterunkiem. Wszedł, pooglądał nasze paszporty i podpisał wizy. Życzyli nam przyjemnej podróży. Z wizą w paszporcie kraj stanął przed nami otworem.

Wjeżdżając z Malawi do Mozambiku musimy pokonać ponad sto kilometrów wybojów zanim dotrzemy do najbliższego miasta. Nie jest to duży dystans, ale dotarcie do Cuamby, bo tak nazywa się to miasto, zajmuje ponad 5 godzin i kosztuje 150 meticali (1 USD = 25 meticali). Drogi są w fatalnym stanie, a nawierzchnia asfaltowa praktycznie nie istnieje. Cuamba nie posiada zbyt wielu atrakcji turystycznych, ale jest często odwiedzanym miastem ze względu na fakt posiadania linii kolejowej. Śpimy w małym hoteliku z restauracją o nazwie Sao Miguel z parą Francuzów w 4 osobowym pokoju (650 meticali/pokój).

W centrum zachowało się kilka portugalskich rezydencji stojących wzdłuż ubitych, piaskowych uliczek. Trzy razy w tygodniu wyrusza stąd pociąg jadący na wschód do Nampuli. To nie byle co. Miasteczko ożywia się wtedy mocno.

Nampula to już wielki świat. To już duże miasto jak na Mozambik. Są tu asfaltowe ulice, banki, hotele i nawet jest kilka restauracji przypominających europejskie jadłodajnie. Niestety na miano pięknego miasta Nampula nie zasługuje w moim odczuciu. Godna uwagi jest tu Katedra (Catedral de Nossa Senhora de Fatima).

Minusem dla turystów z plecakiem jest brak taniego zakwaterowania. Jedną z tańszych opcji jest Hotel Lurio. Płacimy 800 meticali za niezbyt czysty pokój na drugim piętrze. Nie ma tu moskitier nad łóżkami, więc rozbijamy sobie namiot i stawiamy go na złączonych łóżkach. Wygląda to śmiesznie, ale chroni przed moskitami, których tu nie brak.

Kontynuując podróż na wschód, po przejechaniu około 200km lokalnym minibusem (150m za osobę) zwanym tu „chapa” (czytaj szapa) docieramy do Wyspy Mozambique. Miejsca pięknego i tajemniczego.

Wyspa mierzy tylko 3 kilometry na długość i ma niecałe 500 metrów szerokości. Jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale mimo to tłumów tu nie znajdziecie. I dobrze. W przeszłości Ilha de Mocambique odgrywała ważna rolę w życiu Wschodniej Afryki. Portugalczycy ustanowili tu stolicę swojego terytorium. Wyspa straciła na znaczeniu dopiero pod koniec 19-tego wieku, kiedy stolicę przeniesiono do Maputo. Arabscy handlarze, portugalscy kolonizatorzy i afrykańscy niewolnicy przewinęli się przez wyspę pozostawiając po sobie ślady swojej bytności.

Dzisiaj wyspa jest połączona z lądem 3,5 kilometrowym mostem wybudowanym w 1967 roku. Woda pitna doprowadzana jest rurociągiem z pobliskiego brzegu, gdyż na wyspie nie ma studni.

Wyspa ma niesamowity klimat i charakter. Nie ma tu praktycznie żadnego ruchu kołowego, a przechodnie suną po ubitych piaskowych uliczkach, wzdłuż których ciągną się w większości zaniedbane kolonialne budyneczki.

Wart odwiedzenia jest Palacio de Sao Paolo, Fortaleza de Sao Sebastiao i według mnie hotelik O Escondidinho, w którym właściciele urządzili małą restaurację i basenik. Można rzucik okiem na Hinduską Świątynię i świeżo odmalowany na zielono meczet.

My zatrzymaliśmy się w małym, ale przytulnym prywatnym domku Casa de Luis, gdzie na klepisku rozbić można kilka namiotów (100m za osobę). Właścicielka posiada także kilka pokoików, które wynajmuje turystom. Jest czysto i nad łóżkami wiszą moskitiery. Samemu trafić nie jest tu łatwo, ale zapytajcie jakiegokolwiek małego chłopca biegającego po uliczkach, a każdy Was z chęcią tam zaprowadzi.

Dla podróżników z namiotem inną opcją jest usytuowany przed wjazdem na most od strony lądu kemping Casuaria Camping.

Dla amatorów pływania polecam ładną plażę na północnym krańcu wyspy koło Fortu lub wspomniany Hotelik O Escondidinho. Tam jednak trzeba zapłacić za korzystanie z basenu 100 meticali.

Jeżeli chodzi o jedzenie, to trafiliśmy na ciekawą lokalną restauracją, zaraz obok boiska do piłki nożnej, gdzie żona właściciela przygotowuje codziennie świeże posiłki. Za 70 meticali można dostać cały talerz krewetek z ryżem lub frytkami. 28 Meticali kosztuje duże piwo.

Generalnie Wyspa Mozambique jest bezpieczna i można bez większych problemów spacerować po głównych uliczkach po zachodzie słońca. Właśnie wtedy można poczuć prawdziwą atmosferę wyspy, kiedy mieszkańcy wychodzą ze swoich domów, wzdłuż uliczek ustawiają się sprzedawcy świeżo upieczonych bułek i przeróżnych owoców. Każdy ma przy sobie lampę naftową, co tworzy niesamowity obraz. Ludzie dyskutują i opowiadają, co przydarzyło im się przez cały dzień.

Na zwiedzenie Wyspy wystarczy teoretycznie dzień lub dwa, ale jeżeli ktoś dysponuje większą ilością czasu to polecam zostać tu dłużej. My niestety musimy opuścić to piękne miejsce wczesnym rankiem, około 4 rano, aby zdążyć do krzyżówki w Namialo (50 meticali), gdzie można złapać jeden z dwóch autobusów, które przejeżdżają tędy codziennie rano w kierunku Pemby. Jeden jedzie z Nacali, drugi wyrusza z Nampuli.W Namialo zatrzymują się około 6 -7 rano. Bądźcie na krzyżówce jak najwcześniej, bo w przeciwnym wypadku czeka Was powrót do Nampuli albo koczowanie gdzieś w Namialo.

Do Pemby daleko nie jest, ale jedzie się długo, jak wszędzie północnym Mozambiku. Droga na szczęście w większości pokryta jest asfaltem. Jedynym minusem jest tłok w autobusach. Ponad połowe drogi staliśmy ściśnięci koło kierowcy. Dopiero za miejscowością Alua trochę ludzi wysiadło i zrobiło się luźniej.

Do Pemby dotarliśmy po 14.00. Miasto pełni rolę stolicy prowincji Cabo Delgado i położone jest na piękna zatoką Baia de Pemba. Jeżeli planujecie odwiedzić Archipelag Quirimbas to jest to najlepsze miejsce do zatrzymania się na kilka dni przed wyruszeniem na wyspy. My, ze względu na posiadanie namiotu, ulokowaliśmy się na kempingu Russels Place. Położony jest on trochę na uboczu, ale za to jest taniej. Kasują 150 meticali za osobę w namiocie i wieczorami serwują bardzo smaczne jedzenie (150 m). Można dojechać tu taksówką z centrum za 150 meticali.

Po drodze mija się długą, piaszczystą plażę Wimbi i majestatyczny hotel Pemba Beach Resort, gdzie można skorzystać z basenu za 200 meticali na osobę za cały dzień i zjeść pyszny obiad z owoców morza (200 meticali).

Jeżeli planujecie wypad na wyspy Archipelagu Quirimbas i macie trochę grubsze portfele to polecam odwiedzić biuro Kazskazini, znajdujące się przed wejściem do wspomnianego wyżej hotelu. Nie liczcie na żadne promocje. Ceny w przewodniku Lonely Planet kompletnie nie zgadzają się z rzeczywistością. O safari na wyspy za 150 dolarów nigdy nie słyszeli. Kosztuje to znacznie więcej. Można rozważyć lot na wyspę Ibo. Oferowana przez nich cena to 100 dolarów w jedną stronę z Pemby. Oszczędza to cały dzień telepania się na ciężarówce i dostarcza podobno niesamowitych przeżyć związanych z oglądaniem wysp z lotu ptaka.

Jeżeli już ktoś dotarł do Pemby to zdecydowanie powinien odwiedzić wyspy Quirimbas. Najłatwiej i najtaniej dostać się na największą wyspę Ibo. Wraz z wyspami Quirimba, Matemo, Rolas i paroma innymi tworzą Park Narodowy Quirimbas. Wstęp pobierany jest w dość dziwny sposób. Jeżeli śpi się pod namiotem, tak jak my, trzeba czekać aż pan jeżdżący po wyspie Ibo na rowerze znajdzie nas i skasuje 100 meticali od osoby. Nas nie znalazł ani myśmy go nie znaleźli. Dziwne, bo zapłacić chcieliśmy.

Dotrzeć na wyspę Ibo korzystając z transportu publicznego łatwo nie jest. Trzeba wstać około 2 w nocy i udać się do miasta w miejsce skąd odjeżdża jedna chapa dziennie do wioski Quissanga. Taksówkarz bez problemu znajdzie owe miejsce. Zresztą kierowcy chapy jeżdżą po mieście, robiąc kilka kółek, zbierając pasażerów. Jak już ciężarówka jest PEŁNA, podjeżdżamy na stację benzynową, tankujemy i wyjeżdżamy. Pełna w Mozambiku oznacza bardzo pełna. Wypełniona po brzegi ludźmi, zwierzętami i innymi towarami, bez których pasażerowie nie wyobrażają sobie jazdy. Podróżujemy, więc z kurami, gołębiami, ryżem, bananami, papajami i wszystkimi owadami, które skrzętnie poukrywały się w owocach i innych towarach. Aha, zapomniałem dodać, że na ciężarówce jadą jeszcze dzieci. To osobna kategoria. Dzieci traktuje się dość przedmiotowo tutaj. Nie są liczone jako pasażerowie, więc nie ma dla nich miejsc siedzących. Nie ma też stojących czy leżących. Z reguły trzymane są na kolanach jednego z rodziców albo przywiązane są chustą na plecach mamy.

Kiedy nasza ciężarówka ugina się już pod ciężarem wszystkiego co do niej zostało wepchane, ruszamy na północ. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut droga pokryta jest asfaltem, ale potem zaczyna się już ubita, podziurawiona nawierzchnia, przejezdna chyba tylko w porze suchej. Do Quissangi jedzie się ponad 5-6 godzin i jest to męcząca podróż. Kiedy dotarliśmy do celu byliśmy naprawdę zmęczeni. Jeżeli powiecie wcześniej kierowcy, że chcecie jechać na Ibo ciężarówka pojedzie kilka kilometrów dalej na północ od Quissangi do wioski Tandanhangue. Stąd, w trakcie przypływu zabierze Was łódka z żaglem. Na taki wynalazek, bez silnika, mówi się tu barco con vela. Cenę przejazdu na wyspę negocjuję się z kapitanem. My zapłaciliśmy po 50 meticali. O czas podróży lepienie pytać. Chyba nigdy się nie zgadza ze stanem faktycznym. Ja otrzymałem odpowiedź, że dzisiaj mamy bardzo sprzyjający wiatr i dopłyniemy w godzinę. Na Ibo dotarliśmy za trzy godziny.

Warto się cały dzień pomęczyć, podskakując na dziurach, żeby zobaczyć to miejsce, gdzie Portugalczycy XV wieku Portugalczycy dotarli zastając muzułmańskich handlarzy. W połowie osiemnastego wieku wyspa Ibo służyła jako baza handlu niewolnikami.

Ibo nie ma pięknych plaż, chociaż ta przy małym pomoście nadaje się do kąpania w trakcie przypływu, ale za to ma niesamowity klimat przypominający trochę ten na Ilha de Mozambique. Architektonicznie jednaj różni się trochę. Jest bardziej zaniedbana i spokojniejsza.

Miejsc, gdzie można coś zjeść nie ma zbyt wielu na wyspie, ale polecamy Restaurante das Quirimbas, gdzie ryba z ryżem i pysznym sosem kosztuje 100 meticali.

Jeżeli oczekiwaliśmy plażowego raju, to nie zawiedziemy się. Musimy wynająć motorową łódkę (można to zrobić w Ibo Island Lodge za około 900 meticali za pół dnia) i popłynąć na wyspę Quilaluia albo rano, zanim woda się podniesie na wyspę Matemo. Właściwie pomiędzy wyspę Ibo i Matemo, gdzie w trakcie odpływu odsłaniają się piaskowe wysepki. Widoki są niesamowite.

Baza noclegowa na wyspach jest bardzo ograniczona. Większość stanowią drogie lodże oferujące noclegi w luksusowych warunkach za kilkaset dolarów za noc. Obecnie tylko wyspa Ibo oferuje tańsze zakwaterowanie. Najkorzystniej chyba spać w domach lokalnych. Znajdą Was od razu jak wysiądziecie z łódki.

Byliśmy już za bardzo zmęczeniu mozambickim transportem, żeby jechać kolejne trzy dni od rana do wieczora w ścisku do Beiry położone w środkowej części kraju. Za 2840 meticali udało się nam kupić bilet na przelot narodowymi liniami LAM z Pemby do Beiry. Oczywiście z Quissangi do Pemby musieliśmy powtórzyć znajomą już nam podróż po wybojach.

Na szczęście w samolocie, którym mieliśmy lecieć nie było kur, gołębi i setek tobołków. Akurat w ten dzień do Pemby przyleciała ważna rządowa delegacja z Maputo i podstawiono nam nowiutkiego boeinga 737-200. Zapachniało Europą. Nawet dostaliśmy coś do jedzenia, ale zwyczajem mozambickim spóźniliśmy się do Beiry o trzy godziny.

Beira pięknością nie grzeszy, ale jest duża jak na mozambicką rzeczywistość. To drugie największe miasto w całym kraju. Już na wisus, po wylądowaniu widać różnicę w architekturze i standardzie życia. Beira to już raczej bogatszy, południowy Mozambik. Wyższe bloki, szersze, asfaltowe ulice i nocne życie. Tego na północy nie ma.

Ulokowaliśmy się w pełnym komarów, ale centralnie położonym hotelu Savoy. Pokój dwuosobowy bez łazienki kosztował 600 meticali.

Wcześnie rano, około 5, odjeżdża minibus do Vilankulo. Najlepiej kupić bilet dzień wcześniej (350m), bo rano mogą być problemy z miejscem. Podróż zajmuje 9-10 godzin.

A po co przyjechać do Vilankulo? Po pierwsze, żeby odpocząć po trudach podróżowania w północnym Mozambiku. Po drugie i chyba najważniejsze, żeby zobaczyć cudowny Archipelag Bazaruto.

Podobnie jak w przypadku Quirimbas, na wyspach Bazaruto nie ma tanich noclegów. Większość turystów zatrzymuje się w Vilankulo, które jest dobrą bazą wypadową na wyspy.

Zatrzymaliśmy się w Zombie Cucumber Backpackers i nie żałujemy. Wspaniałe miejsce do odpoczynku. Kilka małych chatek (700 m za dwie osoby) i jedna większa przeznaczona na dormitorium. Do tego przytulny bar z restauracją i mały basenik z krystalicznie czystą wodą. Mili właściciele z Anglii, przyrządzający pyszne jedzenie codziennie wieczorem przesiadują i rozmawiają z gośćmi. Dla nas miejsce wymarzone. Rezerwacji nie robią, ale można zadzwonić w przeddzień przyjazdu i zapowiedzieć się. Jeżeli akurat będzie coś wolnego to na pewno zatrzymają to miejsce. Teren, na którym wybudowali domki jest położony zaraz przy plaży. Od wody dzieli je tylko piaskowa droga ciągnąca się przez całą wioskę.

W restauracji zamówić sobie śniadanie (40 -105 meticali), kanapki (60-95m), piwo (45m) lub dużą kolację (180-190m)

Najłatwiej i chyba najtaniej zobaczyć wyspy można wykupując jednodniowe wycieczki w lokalnych firmach posiadających łodzie z żaglem i motorowe. Najbliżej jest na wyspę Magaruque. Tutaj można skorzystać z usług firmy Sail Away, która posiada tzw motor dhow czyli łodkę z żaglem wyposażoną dodatkowo w silnik. Żagiel właściwie używany jest tylko, gdy sprzyja wiatr. Za całodniową wyprawę obejmującą transport na wyspę i z powrotem, sprzęt do snorkelowania i lunch trzeba zapłacić 50 dolarów na osobę. Ceny w firmach konkurencyjnych są identyczne.

Chcąc zobaczyć wyspę Benguera i Bazaruto trzeba popłynąć szybką łódką motorową. Moim zdaniem warto wydać kolejne 50 usd (bo tyle to kosztuje) aby ponurkować na rafie dwumilowej (2 mile reef), wspiąć się na wydmę na wyspie Bazaruto i zobaczyć skaczące przy pontonie delfiny.

Tym razem wybraliśmy firmę Odyssea Diving.

Firma Sail Away jest właścicielem łodzi, na której można nocować i oferują oni kilkudniowe safari pomiędzy wyspami, ale w trakcie naszego pobytu łódź była w remoncie.

Samo Vilankulo jest cichym, uśpionym miastem. Zabudowania są porozrzucane na obszarze kilku kilometrów, co wymaga długich spacerów, gdy chcemy zobaczyć poszczególne części miasteczka. Wybrzeże Vilankulo wygląda dzisiaj trochę przygnębiająco. W lutym zostało nawiedzone przez silny cyklon, który zniszczył większość zabudowań przy plaży, połamał drzewa i pozrywał linie energetyczne. Nie wszystko zostało odbudowane.

Dla szukających większego luksusu polecam hotelik Smugglers lub Aguia Negra Lodge. Obydwa mają baseny, ale cenią się znacznie bardziej niż nasz spokojny Zombie Cucumber. Smugglers ma trochę angielski charakter z podawanymi w restauracji angielskimi śniadaniami. Do tego można posiedzieć tu w tzw. Sports Bar, gdzie pokazują mecze ligi angielskiej, a w rogu stoi stół do bilarda.

To już koniec wizyty w przyjaznym Vilankulo. Około 4 rano odjeżdża kilka autobusów do Maputo. Przyjdźcie na postój co najmniej godzinę wcześniej. Nasi znajomi nie zostali zabrani, gdyż przyszli za późno i autobus był pełny. Jazda na południe do stolicy nie przypomina już trudów podróżowania na północy. Każdy ma swoje miejsce i nie trzeba trzymać plecaków na kolanach. Bilet kosztuje 450 meticali na osobę.

Po dziewięciu godzinach jazdy ukazuje się przed nami panorama stolicy. Miła para Francuzów, wracających z wolontariatu, podwozi nas do Fatima Backpackers, gdzie rozbijamy na betonowym balkonie nasz namiot za 150 meticali na osobę. Hostel Fatami`s mieści się przy ulicy Mao Tse Tung 1317. Kilkaset metrów dalej w knajpce New York Pizza można coś zjeść i skorzystać z Internetu za 40 meticali za godzinę.

W stolicy ceny już są trochę wyższe niż na prowincji. Dwie papaje kosztują 35 meticali.

Maputo nie zaliczyłbym do grupy pięknych miast na świecie, ale warto poświęcić na spacer dzień lub dwa. Na pewno godny uwagi jest budynek stacji kolejowej. Stacja jest do dziś dnia czynna, ale nie oczekujcie tu dużego ruchu. Warto spojrzeć na Praca de Independencia, gdzie wznosi się ogromna, biała katedra (Catedral de Nossa Senhora da Conceicao.

Portugalski fort zbudowany w 19 wieku można odwiedzać za darmo, ale od 12.00 do 14.00 jest przerwa.

Idąc aleją Avenida Juluis Nyerere możecie zatrzymać się przy majestatycznym hotelu Polana. Ma piękny basen, ale niestety tylko do korzystania dla gości hotelowych.

Jak lubicie targi to polecam Mercado Municipal, gdzie można pooglądać świeże ryby i dziesiątki innych towarów. Podobno lepszy jest Mercado de Peixe, ale jest usytuowany dość daleko od centrum zaraz przy Avenida Mariginal jadąc w strone Costa do Sol.

Wracamy zmęczeniu wieczorem do naszego hostelu. Przy recepcji jest mały bar, gdzie można za 35 meticali napić się piwa.

Dostać się do Maputo z RPA albo z niego wyjechać w kierunku Johannesburga można na kilka sposobów. Jest kilka linii autobusowych, np. Greyhound (www.greyhound.co.za, przy Avenida Carol Marx 12 42), które oferują przejazd do Johannesburga z przystankiem w Nelspruit dużymi, komfortowymi autobusami. Bilet do Johannesburga kosztuje 220 południowoafrykańskich randów na osobę. Niektóre firmy np. Dana Tours przy Avenida Mao Tse Tung 729 oferują transport do Johannesburga małymi busami. Podróż trwa około godziny krócej, a cena jest podobna.

Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *