Trynidad i Tobago

Trynidad i Tobago to ciekawy karaibski kraj. Ta była angielska kolonia rozwija się dość szybko i ma ambitne plany aby do 2020 roku stać się krajem rozwiniętym. Jak będzie to zobaczymy. Na razie dysproporcje między bogatymi i biednymi są ogromne, a korupcja jest obecna w wielu dziedzinach życia. Dla turysty kraj jest ciekawym miejscem, ale drogim jak większość karaibskich wysp. Trynidad jest dużo większy od Tobago i gęściej zaludniony. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo to na Trynidadzie trzeba uważać. Jak nas ostrzegał zaprzyjaźniony taksówkarz w Port of Spain szczególnie na baczności trzeba się trzymać w nocy. Tobago jest spokojniejsze i bardziej przystosowane do odwiedzających turystów. Lotnisko w Crown Point przyjmuje bezpośrednie loty British Airways z Londynu. Na Trynidad i Tobago większość odwiedzających dostaje się samolotem. Można dostać się tu z Wenezueli, Gujany lub Surinamu i innych wysp karaibskich. Najpopularniejsze linie to chyba LIAT, które oferują szeroką siatkę połączeń na Karaibach. My znaleźliśmy mniej popularny środek transportu. Raz w tygodniu, w środy, z wenezuelskiego miasteczka Guiria odpływa prom do trynidadzkiego portu w Chaguaramas. Polacy chcący wjechać na terytorium Trynidadu i Tobago muszą posiadać bilet wyjazdowy.

Kilka godzin kołysania i dopływamy do wybrzeża Trynidadu. Jest późno więc bierzemy taksówkę do Port of Spain. Znalezienie noclegu okazuje się wcale nie taką łatwą sprawą. Dziwne… Dużo hoteli jest pełnych albo ceny przekraczają nasz budżet. W końcu udaje się nam znaleźć pokój w jednym z hotelików niedaleko centrum za 30USD. W oknach kraty, drzwi też mają dodatkowe zamki i zabezpieczenia. To znak, że najbezpieczniej tu nie jest.

Port of Spain miastem turystycznym na pewno nie jest. W centrum można się przejść na bazar czy zobaczyć kościół albo rządowe budynki. Generalnie nic specjalnego. Miasto szybko się rozwija co widać po ilości nowo budowanych wieżowców blisko portu. Port of Spain kreuje się na metropolię Karaibów, ale zobaczymy co będzie w przyszłości. Na razie to małe, niezbyt ciekawe i trochę niebezpieczne miasto.

Z Trynidadu na Tobago można dostać się jednym z kilku kursujących dziennie promów lub małym samolocikiem pokonującym trasę z Trynidadu w około 20 minut. Lubimy morze, więc płyniemy i to długo bo aż 6 godzin. Prom dopływa do Scarborough – stolicy Tobago. Stąd można dojechać do miasteczka Crown Point autobusem lub taksówką.

Crown Point położone jest na zachodnim krańcu wysepki i jest spokojnym miejscem, idealnym na kilkudniowy wypoczynek. Kilkaset metrów od plaży znajduje się małe lotnisko, na którym jest dość spory jak na Karaiby ruch. Nie zakłóca to jednak odpoczynku na plaży. Zaraz obok lotniska położonych jest kilka hotelików o różnym standardzie i cenach. My wybieramy ten z dolnej półki, ale i tak standard jest wysoki. Płacimy 20USD na osobę, co bardzo nadweręża nasz budżet. Mamy za to dyspozycji apartament z klimatyzacją i kuchnią. Można trochę zaoszczędzić gotując sobie posiłki zamiast stołować się w drogich restauracjach.

Tobago to idealne miejsce do nurkowania. Dla profesjonalistów i dla amatorów. Za 15 USD można wypłynąć na kilkugodzinny rejs łódką ze szklanym dnem, która przepływa nad piękną rafą Bucco Reef i czeka około godziny aż pasażerowie nacieszą się widokami nurkując z maską i rurką.

Dwa dni po dopłynięciu na Tobago wybieramy się zobaczyć południową część wyspy. Musimy się najpierw dostać autobusem do Scarborough skąd kilka autobusów dziennie odjeżdża do Charlottesville. To mała wioska położona na wschodnim krańcu wyspy. Region ten bardzo ucierpiał podczas huraganu kilka lat temu. Mieszkańcy byli odcięci od świata przez kilka dni, ale pozostała część obywateli wyspy okazała się bardzo pomocna.

Dzisiaj Charlottesville to mała spokojna osada z ładną plażą i kilkoma barami i sklepikami. Turystów tu niewielu, ale lokalni leniwie przechodzą ulicami. Można tu znaleźć jakiś nocleg, ale tanio nie jest i wybór mniejszy niż w Crown Point.

Jadąc do Charlottesville mija się wspaniałe widoki na wybrzeże. Skały, piaszczyste plaże, wioski zanurzone w zieleni… i kierowca pędzący wąskimi drogami na złamanie karku. To podobno i tak nic w porównaniu do kierowców na wyspie Saint Vincent, jak dowiedzieliśmy się od naszego znajomego z Kanady, który z nami podróżował.

Tobago rozleniwia, a my nie mamy czasu na leżenie na plaży. Nie tym razem. Szkoda, ale trzeba wracać. No i wracamy. Tym razem szybkim promem. Wcześnie rano koło 5.00 wyruszamy i po około 3 godzinach dobijamy do Port of Spain. Jeszcze krótki spacer i poszukiwanie na darmo przewodnika i ładowarki, którą nam ukradli w Wenezueli. W Port of Spain nie ma takich rzeczy. Trudno, spróbujemy poradzić sobie bez tego. Jedziemy więc na lotnisko, skąd wieczorem mamy odlecieć do Paramaribo w Surinamie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *