Gujana Francuska

Trochę jak w Europie, a jednak to Ameryka Południowa. Dotarliśmy tu z Surinamu. Jak znajdę chwile to napisze cos na temat tego dziwnego skrawka skolonizowanego do dziś dnia. Fajnie Ci Francuzi maja. Jak chcą zobaczyć dżungle to wskakują do samolotu i za kilka godzin lotu z Paryża wysiadają w egzotycznym Cayenne.

Przystań promowa na granicznej rzece z Surinamem. To tu rozpoczynamy naszą wizytę w zamorskim terytorium Francji. Gujana jest bezpieczniejsza niż jej holenderscy sąsiedzi.

Po przekroczeniu granicy od razu można zauważyć różnicę w standardzie życia. Walutą obowiązującą w Gujanie Francuskiej jest euro. Polacy nie muszą posiadać żadnych wiz. Pierwsze miasteczko po stronie gujańskiej to Saint Laurent du Moroni. Jest dużo przyjemniejsze i spokojniejsze niż surinamska Albina po drugiej stronie rzeki. Za wielu atrakcji tu nie ma, ale można przez kilka godzin pospacerować po uliczkach. Ceny w Gujanie Francuskiej przypominają te w Europie z jedną małą różnicą – są jeszcze wyższe. Za przejazd do stolicy Cayenne płacimy 35 euro, a to zaledwie trzy i pół godziny jazdy.

Cayenne zaskakuje spokojem. Może dlatego, że dotarliśmy tu w sobotę. Ludzie leniwie przemieszczają się, jedni siedzą w knajpkach popijając jakieś napoje, inni odpoczywają nad bagnistym brzegiem Atlantyku. Ktoś gra w bule, ktoś czyta książkę na ławce. Scena jakby w jakimś parku w Paryżu.

Że to nie Francja przypomina niewiele rzeczy, może wilgotność powietrza i panujący upał. Wieczorem na głównym placu w Cayenne porośniętym ładnymi palmami zbierają się powoli mieszkańcy, ale też bez jakiegoś pośpiechu, bez tłumów.

Kupujemy sobie zimne piwko od ostatniego otwartego sklepu prowadzonego przez Azjatów i siadamy na jednej z ławek.

W Cayenne zbyt wielu atrakcji też nie ma. Jest kilka reprezentacyjnych budynków lokalnych władz, jest ogród botaniczny i kilka parków. Stolica to jedyne właściwie miasto w całej Gujanie. Można tu wykupić bardzo drogie wycieczki w interior i pospacerować po luksusowych sklepach.

W niedziele wypytujemy lokalnych o transport do Saint Georges. To mała wioska na granicy z Brazylią. Okazuje się, że niestety łatwo dostać się tam nie da. Można polecieć samolotem, ale to za drogo dla nas. Można pojechać taksówką, ale to jeszcze drożej. Dziwne. Na szczęście ukończyli już budowę drogi z Cayenne do St Georges i teraz w 3 godziny można dostać się na granicę. W końcu udaje się nam znaleźć kierowcę busa, który jutro ma jechać w tamtym kierunku. Problem tylko, że pojedzie za 40 euro za osobę jak nazbiera ich co najmniej 5. Rano czekamy dwie godziny i … są w końcu pasażerowie. Jakaś rodzinka brazylijska i jeden Gujańczyk.

Trzy godziny pędzenia na złamanie karku. Kierowca to wariat, ale dojechaliśmy. Na granicy idziemy po pieczątki wyjazdowe i płyniemy małą łódeczką z silnikiem na drugą stronę rzeki do Oyapoque, pierwszego brazylijskiego miasta na naszym szlaku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *