Malezja

Tygiel kulturowy i religijny.

Do Malezji przyjeżdżamy pociągiem (the Jungle Railway) z Singapuru do miasteczka Jerantut. Cicha, prowincjonalna mieścinka okazuje się całkiem miła. Mimo, że przewodniki nie wyrażają się pozytywnie o tym miejscu, na nas wywiera dobre wrażenie. Nawet maja KFC. Dumni menadżerowie fast-fooda pozdrawiają nas i pytają skąd jesteśmy. Przyjechaliśmy koło 4 rano i poszliśmy spać do hotelu Sri Emas. Rano gorączkowe poszukiwanie banku. Nie mamy malezyjskich ringgitów, więc musimy czekać do 9.00 przez co ucieka nam pierwszy autobus do Kuala Tambeling. Kolejny odchodzi około 14.00. Po dwóch godzinach jazdy docieramy do malutkiej przystani z pomostem (tzw. jetty) skąd odpływa nasza łódź do Kuala Tahan.

W tej małe wioseczce znajduje się zarząd Parku Narodowego Taman Negara. Park ten jest dość duży (4343 km kw.) i dość popularny szczególnie wśród malezyjskich turystów. Jednak niewielu z nich wyrusza poza wioskę Kuala Tahan. Większość odwiedza okoliczne atrakcje takie jak canopy walk (zawieszone na wysokości 45m w koronach drzew mosty z lin pozwalające podpatrywać życie dżungli z góry), wędrowne plemię Batek czy jaskinię pełną nietoperzy.

Park narodowy Taman Negara może poszczycić się najstarszym lasem deszczowym na świecie – około 130 milionów lat. Dżunglę zamieszkuje ponad 300 gatunków ptaków i 200 gatunków ssaków i gadów.

My postanawiamy wyruszyć do nocnej kryjówki (night hide) Kumbung Lumbang, aby podglądnąć życie zwierząt. Kryjówka to zadaszona betonowa platforma usytuowana na wysokości około 10m nad ziemią, z której lepiej widać miejsce, do którego zwierzęta chętnie przychodzą nocą uzupełniać zapasy soli w organizmie. Po kilku godzinach oczekiwań w zupełnej ciszy i ciemności udaję się nam zobaczyć dużego tapira. Mamy szczęście. Za godzinę zjawia się cyweta – duży centkowany kot.

Około pierwszej w nocy w towarzystwie kilku myszy zasypiamy wszyscy. Rano w trójkę (Ania, ja i znajomy Szwed) wyruszamy w powrotną drogę do Kuala Tahan. Droga miała być łatwa i przyjemna. 12-to kilometrowy trekking po dżungli w samo południe okazał się jednak bardzo wyczerpujący. Poszliśmy sami, bez przewodnika i… zgubiliśmy się. I to kilka razy. Na szczęście nie zboczyliśmy ze szlaku bardzo daleko i szczęśliwie dotarliśmy po 7 godzinach do wioski.

Następnego dnia odwiedzamy plemię Batek (Somokberi). To grupa „rdzennych” Malezyjczyków zamieszkująca dżunglę i prowadząca dość prymitywny tryb życia. Generalnie żyją z polowań i zbieractwa i często zmieniają miejsce. Dzisiaj korzystają z turystyki osiedlając się koło turystycznych miejsc takich jak właśnie Kuala Tahan. Czerpią korzyści finansowe pozwalając turystom poznawać ich życie i zwyczaje. W większości są analfabetami. Rząd malezyjski próbował zmusić dzieci do uczęszczania do szkoły, ale z marnym skutkiem.

Po południu udaję się nam dotrzeć do pobliskiej jaskini. W porze deszczowej jest niedostępna, ale teraz w marcu możemy bez problemu podziwiać ją i setki nietoperzy, które ją zamieszkują.

Rankiem wypływa nasza łódź z powrotem do Kuala Tambeling. Woda w rzece ma bardo niski poziom, więc osiadamy kilka razy na mieliźnie i musimy wysiadać z łodzi. Po czterech godzinach, spaleni południowym słońcem, docieramy do przystani, gdzie czeka już na nas autobus. Jedziemy do Jerantut.

Z małej stacyjki kolejowej pociąg jadący do Kuala Lumpur zabiera nas na południe półwyspu. Nad rankiem docieramy do Melaki.

To wspaniałe miejsce. To historia Malezji. Zatrzymujemy się w bardzo przytulnym hoteliku Travellers Lodge. Melaka to ładne miasto portowe, przyciągające rzesze turystów, ale na szczęście nie ma klimatu jarmarku i nie jest zepsute przez turystów. W muzeum przysłuchujemy się ciekawej opowieści przewodnika na temat historii Półwyspu Malezyjskiego. Malezja było kolejno kolonią portugalską, holenderską, brytyjską i w czasie II Wojny Światowej przez krótki czas japońską.

Można wybrać się także na krótki rejs łodzią po rzece oglądając najładniejsze i najstarsze miejsca w mieście albo pospacerować po chińskiej dzielnicy Chinatown. Wieczorem można zajrzeć do jednej z uroczych restauracyjek usytuowanych nad brzegiem rzeki. Zupa Tom Yam to prawdziwy przysmak. Gorąco polecam spróbować!

Następnego dnia rano zmierzamy autobusem w kierunku Singapuru. Musimy dotrzeć na popołudnie na lotnisko Changi. Po pięciu godzinach jazdy widać w oddali ogromne centrum tej metropolii.

Bye, bye Malaysia. Welcome back to Singapore!

Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *